• Wpisów: 15
  • Średnio co: 77 dni
  • Ostatni wpis: 3 lata temu, 06:53
  • Licznik odwiedzin: 1 772 / 1238 dni
 
syamysocookie
 
  Rozdział II.
      "Trening"
              Rankiem zbudziły mnie nieliczne promienie słońca wpadające do pokoju. Z ociąganiem wstałam i ubrałam się w kombinezon oraz zaplotłam warkocza. Zeszłam pośpiesznie na dół, na śniadanie. Kilka osób brakowało, dlatego korzystając z okazji usiadłam niedaleko.. Logana. Tuż obok niego siedział przystojny mężczyzna, noszący dziwne, jak na mój gust, okulary. Nie wyglądał na osobę z wadą wzroku, widział bardzo dobrze. Nawet to, że się na niego gapiłam.
- Mogę w czymś pomóc..? - rzekł szarmancko, unosząc jedną brew. Zaczerwieniłam się trochę. Pokiwałam przecząco głową i zabrałam się za jedzenie. Nie zjadłam jednak tak dużo jak wczoraj. Po prostu nadal byłam najedzona. Wypiłam tylko dwie szklanki soku z brzoskwiń i wyszłam na główny plac (było ich kilkanaście.) Oprócz mnie była tylko jeszcze jedna osoba. Poznałam ją, bo wczoraj przyszła po Storm do mojego pokoju. Podeszłam do niej trochę bliżej. Też, jak ja i chyba każdy była ubrana w czarny strój tej szkoły. Na jej rękach dostrzegłam też skórzane rękawice, tego samego koloru. Była smutna i chyba płakała. Zagryzłam wargę, bo trzymając się z dala od ludzi przez tyle lat, nie za bardzo wiedziałam, jak mam ją pocieszyć. I ogółem, jak zacząć rozmowę. Nim jednak zebrałam się w sobie, kilka dzieciaków, nie wiele młodszych od mnie przybiegło tutaj, a za nimi dostojnym krokiem szli inni: z których poznawałam tylko Storm i Wolverine'a. Później jednak pozostali odesłali dzieciaków na inny plac, więc zostałam tylko ja i szkoleniowcy.
- Wśród nas pojawił się ktoś nowy, o niezwykłych zdolnościach. Pytanie, czy umie je kontrolować? Już wkrótce mamy misję, inną niż wszystkie. Dlatego trening przede wszystkim. Rankiem, południem, wieczorem. Dwie godziny jest minimum, dlatego nie licz na jakąkolwiek litość. - wyrecytowała Jean Grey, patrząc na mnie przyjaźnie, dzięki czemu te słowa nie przeraziły mnie, ale zagrzały do walki.
- Tylko... tylko ja was jeszcze nie znam. - zakwestionowałam. Storm doskoczyła do mnie i zaczęła wymieniać: Rogue (dziewczyna z siwym pasmem), Cyclops (gość z stołówki przy którym wyszłam na idiotkę), Wolverine (którego miałam okazję poznać), Jean Gre(uzdrowicielkę). Dwie lub trzy osoby miały teraz misję, więc nie dane mi było ich poznać. I rozpoczął się trening. Najpierw zaatakował mnie Logan. Był ciężkim orzechem do zgryzienia, ale udało mi się wyjść z tego cało. Byłam jednak pod wrażeniem jego pazurów z andantium. Walczyłam z każdym, i z trudem, przeżyłam. Potem zostałam sam na sam z Jean; reszta miała inne sprawy na głowie. Tym razem jednak nie był to pojedynek, ale lekcja zapanowania nad żywiołem. Lekcja pierwsza: woda. Taka lekcja potrzebowała paru dni, może nawet  tygodnia. Moje zadanie nie było łatwe. Miałam użyć swej mocy przeciwko wrogowi, napadającego znienacka. Rola ta przypadła mej nauczycielce, znanej też jako Marvel Girl. Lekcja zajęła mi cztery dni, bez przerwy: no, może pomijając drobne posiłki i wypoczynek nocny. Potem wróciła trójka, której tu brakowało. Poznałam ich; Iceman'a, Shadowcat i Archanagel'a. Szczególnie do gustu  przypadła mi Shadowcat. Żeby uczcić ich misję zakończoną powodzeniem, cały instytut Xaviera przyczynił się do wielkiej, uroczystej i obfitej kolacji. Atmosfera była miła i przyjemna. Przez cały czas rozmawiałam z Rogue, lecz naszą dyskusję przerwał Scott Summers.
- Rogue, Marvel Girl, Storm, Iceman, Shadowcat, Archanagel, Wolverine i ty. - wskazał na mnie. - Za mną!
Wymienione osoby zerwały się z krzeseł i podążyły szybkim i nerwowym krokiem ślad w ślad za Cyclopsem. Wpadliśmy do gabinetu Charlesa, który nakazał nam usiąść. Ja mu ufałam i opadłam na kanapę, ale reszta mierzyła go wzrokiem. On tylko wzruszył ramionami. Więc ja też wstałam.
- Sprawy się skomplikowały. Planowaliśmy tą misję na nieco dalszy termin, ale Magneto jest szybszy, niż przewidywałem: mimo, że stracił Mystique,bo chroni ją rząd, to już ma całkiem potężną grupę mutantów. Musimy działać. Są dwa plany. A i B. - zamilkł na moment, patrząc na nasze śmiertelnie poważne twarze. - Pierwszy z nich jest taki, że każdy z was, zaatakuje jego sprzymierzeńców, a ty.. do diaska, jak mamy Cię nazywać? - profesor udał irytację.
- Kiedyś mówiono na mnie Melissa. Ale.. ale nie wiem, czy to moje prawdziwe imię. Dopóki moja rodzina nie odkryła, że jestem inna, tak się do mnie zwracała. - wymamrotałam, przypominając sobie moje dzieciństwo.
- Melissa.. dobrze. Dopóki nie wymyślimy Ci jakiegoś przydomku, no cóż, pozostaniesz Melissą. Wracając.. Magneto Cię nie zna, dlatego zaczajsz się na niego i strzelisz do niego z tego. Masz tylko jedną szansę na idealnie celny strzał, bo nie będzie Cię znał. Wyczuje, że jesteś inna ale uzna Cię za zbłąkaną mutantkę, która nie ma się gdzie podziać. Zacznie kusić zemstą, i wtedy nastąpi moment, w którym masz do niego strzelić. I nie wahaj się, bo on, widząc, że jesteś z nami, nie zawaha się Cię zniszczyć. Pamiętaj. - przestrzegł mnie. Byłam przerażona tym, jak wielkie zadanie ciąży na mych plecach. Wiedziałam jednak w głębi duszy, że to nic w porównaniu z tym, co mi dali; miłość. Popatrzyłam na niego z wdzięcznością.
- Dobra, a plan B? - burknął Warren, któremu chyba nie przypadłam do gustu. Profesor zerknął na niego ukradkiem i objaśnił drugi plan.

                                             Druga sprawa.
Mam nadzieję, że się wam podobało. A raczej tobie, Loganator, bo jesteś jedyną moją czytelniczką. :C Dużo komentuję, a tylko ty odwiedzasz ten denny blog. D:

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego